Bangkok to 20-milionowa metropolia – tętniąca życiem,
gwarna, hałaśliwa, niemiłosiernie zatłoczona, a na dodatek nieznośnie,
tropikalnie gorąca. Kto czyta mojego bloga, ten wie, że staram się unikać
takich miejsc jak ognia. Ale nie dało się… Bangkok był koniecznym przystankiem
na trasie naszej ostatniej azjatyckiej podróży. Postanowiłam więc – a mąż się
nie sprzeciwił – że skoro już musimy, to spędzimy te dni w ogrodach Bangkoku.
Wszystkie najważniejsze zabytki Bangkoku poznaliśmy już podczas poprzednich
wizyt w tym mieście, więc taka odmiana wydała nam się nawet interesującym
pomysłem.
Na pierwszy ogień poszedł ogród M.R. Kukrita Pramoja (M.R.Kukrit Heritage Home and Garden). Jest to niewielka prywatna rezydencja byłego
premiera Tajlandii (pełnił tę funkcję w końcówce lat 70-tych XX wieku).
Znajduje się ona w samym środku nowego Bangkoku, choć prawdopodobnie gdy
właściciel kupował tę działkę w 1946 roku, były to przedmieścia obecnego
molocha. Dziś tę miłą oazę zieleni zewsząd otaczają nowoczesne wysokościowce,
co robi trochę surrealistyczne wrażenie.
 |
Do ogrodu zaglądają wieżowce Bangkoku |
W bardzo starannie utrzymanym ogrodzie znajduje się kilka
tradycyjnych, tajskich budynków, zbudowanych z drewna. Kiedy wczytałam się w
ulotkę, dołączoną do biletu wstępu, dowiedziałam się, że właściciel kupował
tradycyjne (czasem przeznaczone do rozbiórki) domy z różnych okolic Bangkoku i
przenosił je na swoją działkę. Niektóre z nich mają więc grubo ponad 100 lat i
są przykładami typowego budownictwa, jakie dawno już zaginęło. Współczesny
Bangkok zbudowany jest bowiem z betonu i szkła (z przewagą betonu). Domów z
drewna tekowego, jakiego dawniej używano w budownictwie na tych terenach, w
dzisiejszych czasach już tu w ogóle nie zobaczycie. No, chyba że w muzeum… Kukrit
Pramoj przeczuwał, że to dziedzictwo trzeba chronić. Każdy z małych domków,
jakie składają się na jego rezydencję, pełni inną funkcję. W jednym jest
rodzinna kaplica, w innej biblioteka gospodarza i gabinet, w kolejnej
sypialnia… Właściciel gromadził też w swojej rezydencji rękodzieło – meble,
ceramikę, rzeźby. Można na miejscu obejrzeć całą tę prywatną kolekcję, choć nie
robi ona wielkiego wrażenia. Patrzy się na to wszystko zwyczajnie jak na
dekorację domu. Zresztą, całe to muzeum nie przypomina wcale muzeum. Miałam
wrażenie, że jestem w prywatnym domu, który gospodarz pozwolił mi obejrzeć.
 |
Stare z nowym |
W ulotce informacyjnej napisane jest, że ogród urządzono w
stylu tajskim. Co prawda, nie słyszałam jeszcze o takim stylu ogrodów, ale być
może za mało jeszcze wiem o dalekowschodnim ogrodnictwie. Ogród ten nie przypomina swoim stylem znanych
mi ogrodów japońskich, ani chińskich, więc może rzeczywiście coś jest na
rzeczy…
Ogród dzieli się na trzy części. Pierwsza – symetryczna, z
płytkim kanałem i kamienną rzeźbą – jest bardzo fotogeniczna. To
reprezentacyjna część rezydencji, tworząca całość z rozłożystym pawilonem tuż
przy wejściu, który służył właścicielowi jako salon do przyjmowania gości i
miejsce ważnych spotkań.
 |
Reprezentacyjna część ogrodu z ozdobnym kanałkiem |
Bardziej prywatny charakter ma część ogrodu, ukryta za
piętrowym pawilonem. Na jego piętrze znajduje się odkryta weranda, z której
widać spory staw, porośnięty lotosami. W donicach rosną miniaturowe drzewka i
krzewy, zwane w Tajlandii ‘Mai Dat’ (i podobno nie jest to to samo co japońskie
bonsai, ale na czym dokładnie polega różnica nie udało mi się ustalić).
 |
Tajskie drewniane domki na tle betonu i szkła. Wrażenie dość przytłaczające... |
 |
Cienista altanka do odpoczynku w ogrodzie |
 |
Staw z lotosami i pawilon z werandą |
Trzecia część ogrodu to po prostu przestronny, równo
przystrzyżony trawnik, obsadzony ciekawymi tropikalnymi roślinami, głównie
kwitnącymi.
 |
Epifityczna paproć, żyjąca na korze drzewa |
 |
Tropikalny hibiskus |
 |
... i kwiatki, których nazwy nie znam. |
Zaglądające z góry do ogrodu wieżowce Bangkoku stanowią ciekawy
kontrapunkt dla tradycyjnej architektury ze spadzistymi, czerwonymi dachówkami
i charakterystycznymi elementami snycerskimi. Fajnie to wygląda na zdjęciach... Jednak nachodziła mnie smutna refleksja, że wielkie, betonowe miasto bezwzględnie "pożera" kruchą, drewnianą architekturę i otaczającą ją zieleń.
 |
Kiedyś tak wyglądał Bangkok, ale to już historia... |
W ogrodzie znalazłam też wzruszający cmentarzyk zwierzęcy,
na którym chowane były ukochane zwierzęta właściciela. Kukrit Pramoj kochał i
szanował zwierzaki. Na wielu zachowanych w rezydencji fotografiach
przedstawiony jest w towarzystwie ukochanych psów. Myślę, że ten cmentarzyk to
nie tylko fanaberia i dziwactwo tego wyjątkowego człowieka. To również kwestia
religijna, choć w innych tutejszych ogrodach podobnych miejsc nie spotkałam.
 |
Wzruszające... |
 |
Nagrobek sówki... |
 |
... i kota |
Kukrit Pramoj był dla Tajlandii kimś naprawdę niezwykłym.
Pochodził z rodziny arystokratycznej, związanej ściśle z królewską (Tajlandia
do dziś jest królestwem i wielkim szacunkiem otacza swoich królów. Nigdy też w
historii nie była niczyją kolonią.) Urodził się w 1911 roku, kiedy Tajlandia
nazywała się – Syjam. Jako młody chłopak z bogatej rodziny Kukrit studiował
ekonomię w angielskim Oxfordzie. Miał wiele pasji i talentów. Znany jest przede
wszystkim jako pisarz, wykładowca, polityk. W 1945 roku założył poważną gazetę
codzienną i utworzył pierwszą partię polityczną w Tajlandii. Pod koniec lat
70-tych XX wieku piastował urząd premiera rządu.
 |
Gospodarz rezydencji, sfotografowany pod koniec życia z ukochanymi psami |
Starał się ocalić od zapomnienia tradycyjną tajską kulturę i
nie dotyczy to tylko przenoszenia drewnianych budynków i zbierania przedmiotów
sztuki ludowej. Kukrit Pramoj w latach 60-tych nauczył się tradycyjnego,
ginącego tajskiego tańca Khon i utworzył grupę tancerzy, która go wykonywała w
bajkowych, kolorowych strojach z jedwabiu. Jakimś szóstym zmysłem przeczuwał,
że napływająca do Tajlandii coraz szerszą falą zachodnia kultura, spowoduje że
zanikną stare obyczaje i tradycje i że za wszelką cenę należy je chronić.
Kukrit Pramoj umarł w roku 1995 w wieku 84 lat, ale jego
praca jest kontynuowana między innymi przez zespół tancerzy Khon Thammasat
Troupe, który wciąż istnieje i promuje tajską sztukę przez kolejne już
pokolenia.
Rezydencja Kukrita Pramoja raczej nie należy do największych
atrakcji turystycznych Bangkoku, ale ja uważam że jest niezwykle ciekawa. Po
pierwsze, ma się wrażenie, że się odwiedza prywatny dom i ogród, a nie muzeum. Lubię
zaglądać do takich miejsc. Po drugie, jest to bądź co bądź rezydencja premiera,
a przecież nie często ma się okazję zwiedzać takie miejsca. Po trzecie, w
rozpędzonym, hałaśliwym i upalnym Bangkoku jest to przyjemna, zielona,
zacieniona oaza spokoju. Dodam tylko, że razem z nami rezydencję Kukrita
Pramoja zwiedzało zaledwie 3 turystów…
 |
Tradycyjne budownictwo nie miało szans... |
 |
W tym budyneczku mieści się biblioteka i gabinet Kukrita Pramoja |
 |
Zielona, cienista oaza w betonowym i asfaltowym Bangkoku |
Szczegółów dotyczących dotarcia do tego miejsca trzeba szukać
na stronie internetowej. Dodam tylko, że nie jest łatwo tu trafić, ponieważ
miejsce to nie jest powszechnie znane, nawet przez mieszkańców Bangkoku. My
dojechaliśmy tu taksówką, mając na kartce napisany po tajsku przez naszą
gospodynię adres i nazwę muzeum.
Jolu, jakie to ciekawe miejsce..! Ten kontrast nowego ze starym światem, który odchodzi, a w zasadzie jest wypierany...Twoje zdjęcia i relacja boleśnie to pokazuje. Pokazałaś urocze miejsce i ciekawego człowieka.
OdpowiedzUsuńTak, też miałam takie wrażenie, że odwiedzam domostwo jakiegoś niezwykłego człowieka, choć tego wszystkiego, co napisałam, dowiedziałam się o nim dopiero po powrocie, szukając o nim informacji w internecie.
UsuńNiezwykle ciekawa to wyprawa i opowieść o człowieku z pasją. Pozdrawiam ciepło :
OdpowiedzUsuńEwo, dziękuję! Sama wiesz, że na trasie każdej podróży można znaleźć coś ciekawego. Wystarczy się dobrze rozejrzeć... Pozdrawiam!!!
UsuńEch, wiem, wiem...,
Usuńoprócz ogrodów fascynują mnie ich twórcy - wielcy pasjonaci :)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńInteresujące miejsce. Nie słyszałam o nim wcześniej, może też tam kiedyś zajrzę.
OdpowiedzUsuńTak, to jest raczej mało znane miejsce na mapie turystycznej Bangkoku. Nie ma nawet własnej strony internetowej bodajże... Będąc po raz kolejny w Bangkoku szukałam właśnie takich miejsc.
Usuń