Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

sobota, 31 maja 2014

Ogrody Bagatelle w Paryżu. Wspaniała kolekcja róż w XVIII-wiecznym parku

Jeśli ktoś kocha róże, a w czerwcu wybiera się do Paryża, powinien koniecznie odwiedzić park Bagatelle z jego wspaniałą różanką. Ten park wart jest odwiedzenia również w innych porach roku, ale róże najwspanialsze będą właśnie teraz.

Ciekawa jest historia tego ogrodu. Powstał on tuż przed wybuchem Rewolucji Francuskiej. Książe d’Artois (młodszy brat króla Ludwika XVI) kupił posiadłość na skraju Lasku Bulońskiego i postanowił urządzić tam niewielką rezydencję letnią z ogrodem. Przy okazji założył się z Królową Marią Antoniną o 100 000 liwrów, że zbuduje pałacyk w czasie krótszym niż 90 dni. Książe prawie stanął na głowie, by zakład wygrać! Zatrudnił do budowy 900 robotników, którzy pracowali w dzień i w nocy przy świetle pochodni i rytmicznej muzyce, zagrzewającej do pracy. W rezultacie pałacyk Bagatelle zbudowano w 64 dni. I stoi do dziś. Wcale się nie zawalił.
Pałacyk Bagatelle w Paryżu, zbudowany w ciągu 64 dni w II połowie XVIII wieku. (zdjęcie z wikipedii)

Do stworzenia ogrodu wokół pałacu książe zatrudnił Szkota – Thomasa Blaikie. W  II połowie XVIII wieku absolutnie najmodniejsze były ogrody w stylu, który ukształtował się na Wyspach Brytyjskich (pewnie dlatego projekt zamówiony został u Szkota). W tych ogrodach były kręte dróżki, strumyki, malownicze jeziora, a wśród swobodnie rosnących grup drzew i krzewów tu i ówdzie znajdowały się różne budowle i elementy dekoracyjne, jak obeliski, „antyczne” pawilony, kamienne groty, mostki, itd. Tworzenie ogrodu Bagatelle trwało dwa lata i w 1780 roku książe d’Artoi urządził tu uroczystą inaugurację, którą uświetnili swoją obecnością Król i Królowa oraz cały dwór.

Niedługo potem wybuchła Rewolucja Francuska i ogród wraz z pałacem stał się na pewien czas własnością publiczną, a następnie przechodził z rąk do rąk aż do 1905 roku, kiedy to całą posiadłość kupiło merostwo Paryża, by urządzić tu miejski park. Plan był bardzo ambitny, ponieważ ogród Bagatelle miał zachować swój historyczny charakter, a jednocześnie miały być tu demonstrowane najnowsze techniki ogrodnicze oraz nowe odmiany roślin. Ogród Bagatelle był „oczkiem w głowie” ówczesnego dyrektora parków i ogrodów miejskich Paryża J.C.N. Forestiera. Pan dyrektor sam wziął się do projektowania wielu rabat ozdobnych prezentujących poszczególne gatunki (peonie, irysy, róże) oraz grupy roślin (pnącza, kwitnące krzewy, itd.). Ale najważniejsza była właśnie różanka...

Na początku XX wieku zainteresowanie różami było ogromne. Paryżanie tłumnie odwiedzali prywatne rosaria, zakładane w okolicach miasta. Dyrektor Forestier pomyślał zatem, że różanka w ogrodach Bagatelle przyciągnie tu wielu odwiedzających. Do pomocy w urządzaniu ogrodu różanego poprosił on najbardziej znanego wtedy we Francji hodowcę róż Jules’a Gravereaux. Ta współpraca zaowocowała wspaniałym ogrodem różanym ulokowanym przy Oranżerii. Panowie urządzili ogród, w którym można było podziwiać wszystkie grupy róż i możliwości ich zastosowania w ogrodach. Znalazły się tam róże  krzewiaste, sztamowe, pnące rozpięte na sznurach, wspinające się po rozmaitych podpórkach, pergolach, bramkach, itd. Graveraux podarował wtedy ogrodowi 1500 rozmaitych róż!

Dziś kolekcja różanki Bagatelle specjalizuje się w nowoczesnych odmianach róż. Można tu obejrzeć większość najpiękniejszych odmian, które powstały w ostatnich latach. Starych, historycznych róż jest tu niewiele. W sumie można tu obejrzeć teraz 1100 róż, a różanka Bagatelle jest zarejestrowana jako „Narodowa kolekcja nowoczesnych róż”. Co roku organizowany jest tu konkurs na najpiękniejszą różę, a ogród wzbogaca się o kilkadziesiąt nowych odmian, dopiero co zarejestrowanych. Wszystkie odmiany są bardzo dokładnie opisane na tabliczkach.

Ogrody Bagatelle są przemiłym miejscem na kilkugodzinny spacer i zaskakującą odmianą od wielkomiejskiego charakteru stolicy Francji. Jeśli ktoś poszukuje ciekawego zakątka Paryża, ale zielonego, pachnącego kwiatami i rozbrzmiewającego śpiewem ptaków, to miejsce idealne!
Róża nie jedno ma imię...

Konstrukcja dla pnących róż

Róża wspinająca się po słupku

Klasycystyczny budynek oranżerii

Różom towarzyszą strzyżone cisy

W tle różanki widać wieżowce Paryża

W różance można się zachwycić również zapachami róż

Niektóre róże mogą się piąć po grubych sznurach

Rabata z różami sztamowymi

Róże sztamowe a w tle malownicza chińska altanka z epoki księcia d'Artois

Ta róża mnie zachwyciła. Rośnie na krzaku jak bukiecik.

Różanka z malowniczym drzewem w tle

Po prostu różane szaleństwo!

W części ogrodu z kolekcją rozmaitych pnączy

Jest tu też piękny warzywnik otoczony "płotkiem" z formowanych jabłonek

Malowniczy domek ogrodnika w warzywniku Bagatelle



wtorek, 27 maja 2014

Arkadia koło Łowicza. Ucieleśnione marzenie o krainie szczęścia

Mamy w Polsce bezcenny zabytek sztuki ogrodowej, który zachował się w prawie niezmienionej formie od XVIII stulecia. Jest nim Arkadia koło Łowicza, sentymentalny ogród założony przez księżnę Helenę z Przeździeckich Radziwiłłową. To prawdziwy skarb, ale chyba trochę niedoceniony. Odwiedziłam Arkadię w ostatni weekend. Na parkingu przed wejściem stały raptem dwa samochody... Można było zatem rozkoszować się śpiewem ptaków, szumem rzeczki i malowniczymi widokami, których absolutnie nikt nie zakłócał.
W XVIII wieku ta podłowicka Arkadia była sławna nieomal na całą Europę i wzbudzała powszechne zachwyty. Największe znakomitości, między innymi cesarzowa rosyjska, matka Aleksandra I, specjalnie wybrała się do Nieborowa, aby to cudo na własne oczy zobaczyć. Przyjeżdżali tu znani malarze na plenery i to dlatego pozostało sporo wizerunków tego ogrodu sprzed ponad 200 lat, a także późniejszych.
Twórczynią Arkadii była niezwykła kobieta. Helena z Przeździeckich pochodziła z najwyższych kręgów polskiej arystokracji. Była wykształcona, znała perfekcyjnie francuski, angielski, niemiecki i rosyjski, miała talenty artystyczne – pięknie śpiewała. Poślubiła jednego z najbogatszych Polaków tamtych czasów księcia Michała Hieronima Radziwiłła. Niestety, mąż Heleny nie zapisał się chlubnie w historii Polski. Należał do stronnictwa, które podpisało haniebny akt pierwszego rozbioru Polski (to przed nim między innymi kładł się Rejtan w drzwiach sejmu). Czy to rzutuje na postać Heleny...? Bardzo trudno to dziś ocenić. W każdym razie Helena była raczej kosmopolitką niż polską patriotką. Bywała na wszystkich europejskich dworach, łącznie z dworem w Petersburgu. Jej dobrą znajomą była caryca Katarzyna II. Obie panie łączyła pasja do kolekcjonowania rzeźb antycznych.
Helena Radziwiłłowa we własnej osobie. Z lwem, który symbolizuje przynależność do loży masońskiej

Książe Radziwiłł, związany blisko z dworem Stanisława Augusta Poniatowskiego, kupił pałac w Nieborowie. Była to jedna z kilku posesji należących do tej rodziny, ale bardzo ważna ze względu na bliskość stolicy. Ten pałac otaczał piękny barokowy ogród z kwiatowymi parterami, aleją lipową pośrodku, szpalerami z równiutko przyciętego grabu. Jednak w drugiej połowie XVIII wieku takie ogrody były już „de mode”. Księżna Helena, wielka dama epoki Oświecenia, czytelniczka dzieł Jana Jakuba Russeau i Woltera, a w końcu też kobieta chcąca być w zgodzie z aktualnymi trendami, zapragnęła nowego ogrodu. A wtedy z Anglii przyszła moda na ogrody oparte na pięknie natury, bez geometrycznie wytyczonych ścieżek i strzyżonych krzewów, z malowniczymi widokami, z rozrzuconymi tu i ówdzie  budowlami w kształcie antycznych ruin. Nawiasem mówiąc,  taki ogród miała już na Powązkach (czyli w dzisiejszej Warszawie, ale dziś już nieistniejący) przyjaciółka Heleny księżna Izabella Czartoryska.
Dlaczego Helena nie założyła swojego romantycznego ogrodu w Nieborowie, czyli tuż obok domu, lecz w wiosce oddalonej od nieborowskiego pałacu o 5 kilometrów? Oto jest pytanie... Mam własną teorię na ten temat. Po prostu, chciała mieć święty spokój! Mąż miał swoje sprawy, swoje zainteresowania (kolekcjonował książki i malarstwo), przyjmował swoich gości. A Helena też miała mnóstwo swoich pasji, a nawet tajemnic, więc wolała urządzić sobie coś w rodzaju prywatnej samotni z dala od domu. Księżna była wytrawną kolekcjonerką starożytnych rzeźb, a poza tym była członkinią loży masońskiej, w drugiej połowie swojego życia nawet w randze mistrzyni.
I to chyba nie jest przypadek, że Arkadię budowali i upiększali sami masoni. Był nim główny architekt i planista ogrodu Szymon Bogumił Zug, późniejszy architekt włoskiego pochodzenia Henryk Ittar, malarz Piotr Norblin, a także wielu innych.
Najważniejszą budowlą Arkadii była Świątynia Diany, klasycystyczny niewielki budynek pięknie odbijający się w tafli stawu. Tu były zgromadzone najcenniejsze starożytne zbiory Heleny, antyczny ołtarz związany z obrzędami masońskimi, tu mieściła się także sypialnia Księżnej oraz jej gabinet.
Księżna Helena Radziwiłłowa uwielbiała swoją Arkadię. Tworzyła ją jako swoje schronienie przed światem, miejsce największej szczęśliwości. Nawet chciała być tu pochowana. Urządzaniu jej poświęciła ponad 40 lat swojego życia. Bardzo lubiła sama oprowadzać gości po ogrodzie i pokazywać wszystkie jego sekrety oraz najpiękniejsze widoki. Napisała nawet przewodnik po Arkadii, wydany w 100 egzemplarzach. Niestety, żaden z nich nie dotrwał do naszych czasów.
Warto przyjechać do Arkadii, by obejrzeć ten wspaniały pomnik, jaki sama sobie wystawiła ta nietuzinkowa Polka, żyjąca w okresie Oświecenia.
Oczywiście, przy okazji warto też odwiedzić pałac i barokowe ogrody w Nieborowie, czyli domostwo Radziwiłłów. Szczególnie wnętrza pałacowe są niezwykle interesujące, ponieważ niewiele ucierpiały podczas licznych zawieruch historii Polski. Jest to jedno z najlepiej zachowanych muzeów prywatnych, barokowych wnętrz w naszym kraju.
Jak dojechać?
Dzięki autostradzie A2 dojazd do Nieborowa i Arkadii z Warszawy jest teraz dziecięcą igraszką. Odległość 80 kilometrów pokonuje się samochodem w najwyżej 50 minut. 
Świątynia Diany. Najważniejsza budowla Arkadii

Świątynia Diany od strony ogrodu

Plafon w sali Panteonu w Świątyni Diany. Fresk przedstawiający Jutrzenkę wyprowadzającą konie Apollina namalował Piotr Norblin

Sala Panteonu z kolumnami ze sztucznego marmuru i prawdziwą antyczną urną

Przybytek Arcykapłana. Ta dziwna budowla ma równie dziwną nazwę. Tak czy inaczej, jest bardzo oryginalna

Na tym zdjęciu widać, z czego składały się sztuczne ruiny. Wbudowywano w nie elementy rozbiórkowe z pałaców i kościołów

Coś w rodzaju średniowiecznego zamku...

Pozostałość "antycznego" cyrku. Był zbudowany z marmurów i granitów, które księżna Helena dostała w prezencie od cara Aleksandra I. Jeden ze spadkobierców Arkadii w 1864 roku rozebrał cyrk, a marmury i granity sprzedał

Bardzo ładny murek ozdobny z wbudowanymi kariatydami

Malownicza "ruina"...

"Ruina" domu gotyckiego

Ta sama budowla z drugiej strony

Głowa Niobe. Najcenniejszy eksponat z kolekcji rzeźb Heleny Radziwiłłowej. Rzeźba pochodzi z I w. n.e.

A to ciekawostka! Tuż za ogrodzeniem Arkadii stoi dom, w którym mieszkał syn Marii Konopnickiej - Jan. Był on zarządcą radziwiłłowskich młynów. Bardzo często odwiedzała go poetka. W tej chwili dom jest własnością prywatną

Elegancki pałac w Nieborowie zaprojektowany przez sławnego architekta Tylmana z Gameren

Buduar w pałacu

Gabinet malinowy z majolikowym piecem

Klatka schodowa wyłożona holenderskimi kaflami. A na portrecie król Staś 

Pałacowa oranżeria

Rododendrony w rozkwicie w nieborowskim ogrodzie

środa, 21 maja 2014

Ogród Claud’a Moneta w Giverny. Najsławniejszy ogród Europy

Długo się zastanawiałam jakim epitetem określić ten ogród i zdecydowałam się na “najsławniejszy”. Według statystyk odwiedza go rocznie ponad pół miliona osób. A to jest bardzo dużo jeśli zważyć, że jest on czynny tylko od kwietnia do końca października. Na dodatek dojazd do Giverny wcale nie jest prosty, jeśli oczywiście nie wykupi się całodniowej, autokarowej wycieczki z Paryża (jest taka opcja). Tak czy inaczej, ogród jest mocno zatłoczony, co bardzo przeszkadza w kontemplowaniu jego niezaprzeczalnego piękna. Na słynnym mostku obrośniętym wisterią zawsze kłębią się tłumy, ponieważ każdy chce mieć pamiątkowe zdjęcie z widokiem na staw z liliami wodnymi. Dróżką wokół stawu też poruszałam się w zbitym tłumie pomiędzy japońską wycieczką a dzieciakami z jakiejś francuskiej szkoły. Co tu dużo mówić, ogród Moneta jest prawdziwą mekką turystyczną. Ale i tak uważam, że warto tu przyjechać...
Lubię odwiedzać prywatne domy i miejsca związane z wielkimi ludźmi. Ma się wtedy wrażenie, że ci „pomnikowi” ludzie stają się nam w jakiś sposób bliscy. I nie ma takiej siły, żeby po wizycie w Giverny Claude Monet nie stał się bratnią duszą dla wszystkich miłośników roślin i ogrodów. Ten wielki artysta, którego obrazy można oglądać dzisiaj w największych galeriach świata, był też wspaniałym ogrodnikiem. Na tworzenie swojego ogrodu w Giverny poświęcił 43 lata życia, aż do swojej śmierci. Jego ogrodnicza pasja jest naprawdę podziwu godna i inspirująca!
Monet zawsze interesował się ogrodnictwem. I choć w pierwszej połowie swojego życia ledwo wiązał koniec z końcem, wszędzie gdzie się osiedlał, musiał być ogród, choćby niewielki z zagonem świeżych warzyw i grządką z kwiatami. Dom w wiosce Giverny w Normandii spodobał mu się od razu, gdy któregoś lata przyjechał tu na plener malarski. Okazało się, że dom jest do wynajęcia, więc artysta nie zastanawiał się długo. Wtedy do domu przylegał spory sad jabłkowy, ponieważ było to gospodarstwo rolne wytwarzające cydr. Claude Monet sprowadził się tu ze swoją nową partnerką życiową Alicją Hoschede (nie byli jeszcze wtedy małżeństwem) oraz ośmiorgiem dzieci – dwójką własnych i sześciorgiem swojej przyjaciółki. Od razu przystąpili do urządzania warzywnika i rabaty kwiatowej.
Przez pierwsze 10 lat Moneta nie było stać na kupienie gospodarstwa, więc tylko wynajmował je. Dopiero w 1893 roku udało mu się wykupić gospodarstwo. Wtedy wreszcie mógł zacząć w pełni realizować swoją wizję ogrodu. Aby stworzyć ogród kwiatowy koło domu, trzeba było powycinać wszystkie drzewa owocowe oraz wysokie świerki i cyprysy zacieniające rabaty. Ale artysta nie miał wątpliwości, że należy to zrobić. Chciał mieć ogród pełen kolorów, ciągle zmieniający się z upływem pór roku. Pewnie miał jakieś przeczucie, że pod koniec życia ten ogród stanie się głównym motywem jego prac malarskich.
Początkowo wiele prac w ogrodzie – jak kopanie, sadzenie roślin, pielenie - Monet wykonywał sam. Potem, kiedy stał się już zamożnym człowiekiem (od momentu, kiedy poznali się na nim Amerykanie i zaczęli kupować jego obrazy), artysta zatrudniał już kilku ogrodników, którzy pomagali mu w pracach pielęgnacyjnych i porządkowych. Jednak wszystkie główne decyzje – jak dobór roślin, projekt, zmiany aranżacji, ulepszenia – artysta podejmował sam i nikomu nie pozwalał się w to wtrącać. Był bardzo ambitnym ogrodnikiem i prawdziwym pasjonatem roślin. Prenumerował czasopisma ogrodnicze. Miał w bibliotece wiele specjalistycznych książek z dziedziny botaniki i ogrodnictwa. Był na bieżąco z nowościami roślinnymi. Często gościł w ogrodzie botanicznym w pobliskim Rouen, skąd dostawał sadzonki i nasiona.
Artysta sporo podróżował. Jeździł na plenery malarskie za granicę, na wernisaże swoich prac, na spotkania towarzyskie, ale nawet podczas dalekich podróży nigdy nie zapominał o swoim ogrodzie, o czym świadczą zachowane listy, w których udziela wskazówek pielęgnacyjnych swoim ogrodnikom lub z troska pyta o swoje rośliny. Przeważnie też z podróży przywoził pomysły na urządzenie ogrodu.
Jeden z obrazów Claude'a Moneta przedstawiający mostek japoński w Giverny. Reprodukcja z książki o Monecie.
Na samym początku XX wieku Monetowi udało się dokupić spory pas łąki, która graniczyła z gospodarstwem, aby powiększyć ogród. Miał pomysł, aby urządzić tam ogród wodny w stylu orientalnym. Musiał załatwić wiele pozwoleń, m.in. na odwrócenie biegu rzeczki Ru, która przepływała przez łąkę. Gdy sąsiedzi dowiedzieli się, że artysta chce tam urządzić staw z egzotycznymi roślinami, zaczęli okropnie „bruździć” i protestować. Monet bardzo się tym denerwował i frustrował. Okoliczni gospodarze podobno obawiali się, że egzotyczne i niespotykane w tutejszych ogrodach rośliny wodne zanieczyszczą i zatrują ziemię i wodę. Zakładaniu ogrodu wodnego w Giverny towarzyszyła więc niechęć ze strony całej wsi. Aż trudno w to dziś uwierzyć!
Lilie wodne były prawdziwą obsesją artysty. Sprowadzał je nawet z Chin i Japonii. Chciał mieć najpiękniejsze gatunki. Niestety, w surowych normandzkich warunkach trudno było utrzymać, szczególnie te najwrażliwsze. Dość karkołomnym pomysłem było zbudowanie dla ciepłolubnych lilii w Giverny specjalnego zbiornika, w którym woda była podgrzewana za pomocą rur poprowadzonych w dnie. Monet dość szybko zrezygnował z tego pomysłu.
Claude Monet zmarł w 1926 roku. Dom i ogród odziedziczył jego syn Michael, ale nigdy nie zamieszkał on w Giverny. Posiadłość stopniowo podupadała. W 1966 roku przeszła na własność Akademii Sztuk Pięknych, którą Michael uczynił spadkobierczynią. Staraniem Akademii, a także Fundacji Claude’a Moneta zaczęto odtwarzać ogród i urządzono muzeum w domu artysty. W przywracaniu świetności ogrodu pomagał ogrodnik, który za życia Moneta pracował w Giverny przy pielęgnacji roślin. Ale przede wszystkim pomagały obrazy samego mistrza, który po prostu uwielbiał malować swój wymarzony ogród i pozostawił całe mnóstwo jego wizerunków.

Jak dojechać do Giverny?
Z Paryża organizowane są wycieczki autokarowe do ogrodu Moneta. Do Giverny jest około 80 km. Najlepiej pytać o nie w biurach Informacji Turystycznej.
Można też dojechać na własną rękę: z dworca St. Lazare w Paryżu do miasta Vernon koleją, a potem kilka kilometrów specjalnym autobusem dowożącym do ogrodu.
Bilet wstępu do ogrodu kosztuje 9,5 euro.

Wiadomości o Monecie ogrodniku czerpałam głównie z książki:
Pascala Bonafoux „Monet. Biografia”, Wydawnictwo W.A.B., 2009
Dom Moneta od strony ogrodu

Podczas mojej wizyty w Giverny kwitły przepiękne maki

Idylliczny staw w Giverny

Nad stawem pochyla się stara wierzba

Lilie wodne - wielka miłość Clauda Moneta

Pod koniec życia artysta malował już tylko lilie na swoim stawie

W głębi widać różaną pergolę nad wodą

Legendarny mostek nad stawem z wisterią (niestety w czerwcu już nie kwitła)

Na drugim mostku widać tłum turystów


   

piątek, 16 maja 2014

Ogród Botaniczny w Singapurze. Ucywilizowany tropikalny eden

Wiem, że nie odkrywam Ameryki pisząc o Ogrodzie Botanicznym w Singapurze. Jest to jedna z głównych atrakcji turystycznych tego maleńkiego kraju i każdy turysta, który choć na parę dni wyląduje w Singapurze, z dużym prawdopodobieństwem skieruje tu swoje kroki, nawet jeśli nie jest wielkim miłośnikiem roślin i ogrodów. Ale jednak ten ogród zrobił na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłam go umieścić na liście moich ogrodniczych odkryć. Zadecydowało o tym zadziwiające bogactwo flory tropików, które na terenie tego ogrodu można obejrzeć jak w pigułce. A jest co oglądać, ponieważ cały obiekt liczy sobie około 63 ha.
Prawie wszystko, co rośnie w tropikalnej dżungli można zobaczyć w Ogrodzie Botanicznym Singapuru, ponieważ panuje tu klimat równikowy. Singapur leży bowiem tylko 137 km na północ od równika. Konsekwencją tego położenia jest też zabójcza wilgotność powietrza, nieomal codzienne ulewne deszcze i stała przez cały rok temperatura powietrza (wynosi około 26 st. C w cieniu). Dla człowieka trudne to do przeżycia, ale dla roślin tropikalnych wspaniałe!
Ten Ogród Botaniczny założyli w Singapurze Anglicy w drugiej połowie XIX wieku. Od początku był placówką naukowo-badawczą i eksperymentalną. Prowadzono tu np. eksperymenty z hodowlą kauczukowców, które przyczyniły się ogromnego rozwoju plantacji kauczukowych na Półwyspie Malajskim.
Ale mnie bardziej niż kauczukowce interesowały storczyki. Narodowy Ogród Orchidei, który jest częścią Ogrodu Botanicznego w Singapurze, to czyste szaleństwo dla wielbicieli tych kwiatów. Podobno jest tu posadzonych 1000 gatunków i 2000 hybryd!!! Nigdzie nie znalazłam takiej informacji, ale wydaje mi się, że musi to być największa na świecie kolekcja orchidei. No, ale nic w tym dziwnego, ponieważ Singapur już w latach 20-tych XX wieku jako pierwszy rozpoczął wnikliwe prace nad rozmnażaniem orchidei i krzyżowaniem ich. W tej chwili jest to największy na świecie eksporter ciętych storczyków. Znaczący jest też fakt, że storczyk został wybrany jako narodowy symbol Singapuru. Chyba więc nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że jest to państwo jest światowym centrum storczykowym.
W Ogrodzie Orchidei storczyki są eksponowane w najróżniejszy sposób – rosną na drzewach wczepione korzeniami w ich korę, albo na rabatkach wśród innych tropikalnych roślin. Czasem pną się malowniczo po bramkach ustawionych nad alejkami lub tworzą piękne kompozycje w donicach. Spędziłam tu kilka godzin i ciągle nie miałam dość, pomimo trudnego do zniesienia wilgotnego upału.
Potem nie mogłam się też oderwać od kolekcji helikonii oraz pachnącej plumerii (zwanej też frangipani). Z wielką uwagą „przestudiowałam” wielką kolekcję bambusów. W ogóle co chwila coś przykuwało moją uwagę, więc musiałam zrobić zdjęcie, a potem zagłębić się w opis niezwykłej rośliny (wszystko w ogrodzie jest znakomicie opisane po angielsku). I tak upłynął mi prawie cały dzień, urozmaicany co parę godzin krótkimi ulewami jak z cebra...

Ogród Botaniczny położony jest w środku miasta przy jednej z głównych ulic Orchard Road. Wstęp do Ogrodu Botanicznego jest bezpłatny, tylko do  Narodowego Ogrodu Orchidei trzeba kupić bilet, który kosztuje 5 dolarów singapurskich. Można zjeść tu dobry obiad, ponieważ na miejscu jest niezły „food court”.

Główne wejście do Ogrodu Botanicznego od strony Orchard Road

Fragment deszczowego lasu

Helikonia

Przykładowy opis grupy roślin

Kurtyna z korzeni pewnego pnącza

Palma XXL

Miłe polonicum. Pomnik Chopina i G. Sand

Prześliczna ścieżka ułożona z drobnych kamyków

Bambusowy zagajnik

Plumeria. Krzew to czy drzewo?

Malowniczy wodospadzik

Fontanna z żurawiami w Ogrodzie Orchidei

Storczyki na rabatce















Ścieżka poprowadzona na wysokich słupach, by można było z bliska obejrzeć korony drzew

Liście niesamowitej palmy z bliska


A tu inna palma

Łuki nad tą ścieżką obsadzone są storczykiem o drobnych żółtych kwiatkach, zwanym Złotym Deszczem
 (Oncidium Goldiana)